Chory system

The ruins of a building crumbling with age, unless someone helped him fall apart.

Nauczycielka,  Pani Tosia napisała: Myślę, że w ogóle pomysł utworzenia szkoły w takim kształcie, jak obecnie, to chory pomysł. Po pierwsze- wrzucenie dzieci w tym samym wieku do tej samej klasy i stawianie wszystkim tych samych wymagań to idiotyzm polegający na fałszywym założeniu, że nasz rozwój zależy od wieku właśnie. Po drugie- tworzenie klas po 20-30 i -o zgrozo- więcej dzieci to zwykły horror (i jeszcze stawianie wymagania indywidualizowania pracy z dzieckiem! ). Po trzecie – nauczanie przez ludzi, z których każdy reprezentuje inny system wartości. Nie wiadomo, na kogo trafisz. Oceny rzadko kiedy odzwierciedlają prawdziwe umiejętności dziecka. W szkole „liczą się” tylko „przedmioty egzaminacyjne”, dziecko uzdolnione muzycznie, plastycznie nie jest właściwie doceniane. Bo muzyka, plastyka, zajęcia praktyczne to „michałki”, wiadomo, że piątki się z nich nie liczą.
O ile uważam , że nie ma co wyolbrzymiać i określać sytuacji uczniów mianem „terroru”, o tyle zgadzam się z tym, że ogólnie system jest chory. Denerwuje mnie jedynie obwinianie nauczycieli o ten stan rzeczy. Najchętniej nie stawiałabym ocen w ogóle. Chciałabym, aby do szkoły od 12 lub 13 roku życia wzwyż chodzili tylko ci uczniowie, którzy chcą (po co zmuszać do nauki tych, którzy uczyć się nie chcą?). Zlikwidowałabym w ogóle te głupie egzaminy gimnazjalne. Zostawiłabym egzaminy wstępne do szkół średnich (jakaś selekcja musi być) i tworzyłabym mniejsze liczebnie klasy. Zmniejszyłabym liczbę przedmiotów maturalnych do trzech wybranych (tyle wystarczy, ludzie już się nastawiają na konkretne studia). Nie zmuszałabym wszystkich do zdawania matematyki na maturze (po co ten stres, jeśli ktoś wybiera się na studia o profilu humanistycznym?). Zlikwidowałabym biurokrację- zredukowałabym do niezbędnego minimum. Zamiast siedzieć i pisać durne sprawozdania, analizy itp.- wolałabym mieć konsultacje dla dzieci, zająć się indywidualnie tymi, którzy potrzebują więcej pomocy. Teraz pięć godzin analizuję próbny sprawdzian. Nie wiem, po co. Kilkanaście godzin pracuję nad ewaluacją. Zupełny bezsens. do tego mam dyrektorkę, dla której najważniejszy jest w y g l ą d owych sprawozdań, więc mnóstwo czasu poświęcam na poprawę tego wyglądu (ciągłe poprawki, bo czcionka, bo odległości, bo stopka nie ta itp.). SIĘGNĘLIŚMY ABSURDU. Rady po 5 godzin, nic niewnoszące do pracy, STRATA CZASU. Nie mam już siły na przygotowanie się do lekcji. Nie po to chciałam być nauczycielem.
Zamiast obwiniać o wszystko nauczycieli, należy obalić ten głupi system, który generuje takie nadużycia i powoduje przerost formy nad treścią. Chociaż ja zaczynam już tracić nadzieję, że kiedykolwiek będzie normalnie. zresztą, nigdy tej normalności nie doświadczyłam, bo zaczęłam pracować w 1999 r., od kiedy zaczęły się te chore, niekończące reformy.

Pani Tosia ma sporo racji. System edukacji jest chory. Tracą na tym uczniowie i nauczyciele. W reformie zaproponowanej przez Panię Annę Zalewską nie sposób dopatrzeć się dążenia do uzdrowienia systemu.

Dodaj komentarz